niedziela, 13 czerwca 2010

apokaliptyczna prognoza pogody

Frustraci są wśród nas. Chowają się przed nami, sprytnie manewrując w tłumie, próbując stać się niewidzialnymi, starając się przemknąć niezauważenie. Lecz to miasto jest nimi przesiąknięte. Gorycz spływa z nich wprost na ulice; brodzimy nieświadomie w kałużach pełnych niespełnionych ambicji. To całe gówno spływa do studzienek kanalizacyjnych, płynąc wprost do kanałów, znajdując ujście w najbliższym uskoku wodnym, gdzie parując przedostaje się do atmosfery, tworząc kwaśny deszcz, który zalewa nas niczym jakiś biblijny potop; przenika przez nas zupełnie jakbyśmy byli pełni dziur, których nie da się niczym załatać. Jesteśmy skazani na współistnienie z nimi, na które się wcale nie zgadzaliśmy. Kiedy zdaję sobie z tego sprawę, krzyczę przeciągle "AAAAA" w narastającej panice. Myślę wtedy, że wydaję z siebie dźwięk, choć tak naprawdę nikt tego nie słyszy. Myślę sobie wtedy :"myślę o tym, że wydaje mi się, że wydobywam z siebie dźwięk, którego nikt nie słyszy" i zapętlam się od nowa. Pogrążam się wtedy w tym moim małym, niemym szaleństwie i nie wypowiadam ani słowa. Wszelka reakcja nic tak naprawdę nie zmieni, nic się tak naprawdę nie zmienia, no, przynajmniej nie do końca. Nic nie jest w stanie zmienić mojego nastawienia do tego całego wylansowanego, nic nie znaczącego robactwa, którego mini-życie toczy się zupełnie obok mnie. Jedyne uczucie, które wobec nich żywię to chęć zdeptania ich i rozsmarowania ich o asfalt, trąc tak długo aż nie zostanie absolutnie nic i tak ostro, żeby zaczęła palić mnie stopa.
I tak, nie wzruszam się łatwo. I tak, nie jestem skłonny do żałowania nikogo ani czegokolwiek.
Cały mój żal do świata wyrzyguję z siebie w sobie tylko znanych, odpowiednich ku temu momentach. To jest trochę jak samonapędzająca się, samooskarżająca statyczna hiperbola.
Pewnie jestem zbyt leniwy, by to zmienić.
Pewnie jestem zbyt świadomy, żeby nie zwracać na to uwagi.
Pewnie jestem zbyt przebiegły, by obcować ze środowiskiem pseudo-artystów, pseudo-intelektualistów i tłumem bezbarwnych indywiduów, których mam okazję obserwować często ostatnio. Czasami marzy mi się ich własna apokalipsa. Czasami śnię o tym, że cały ten kwaśny deszcz, który tworzą sami spłukuje ich wszystkich do oceanu, uśmiercając ich po drodze pozwalając im dryfować z dala ode mnie, gdzie nie muszę mieć z nimi nic wspólnego.
W zalewie tych wszystkich mało płodnych muzycznie i modowo bezosobowych uzurpatorów, tych wizualnych hochsztaplerów czuję, że umyka mi coś istotnego. Czuję jak, mimo woli staję się powoli częścią ich świata, chociaż oni są tylko duchami, czymś ulotnym w moim.
Nic nie poradzę na to że nienawidzę.
Nie chcę skończyć jak jeszcze jeden szaleniec w domu dla obłąkanych.
Ale czy my wszyscy trochę nie jesteśmy ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.