sobota, 3 kwietnia 2010

Nie panikuję, nigdy nie panikuję.

Poranek. Andy przeciąga się niedbale w łóżku i zaspany próbuje wyłączyć budzik napierdalający jak oszalały, który leży na podłodze obok łóżka. Nie udaje mu się to więc łapie go i rzuca z niewielką siłą w stronę ściany gdzie budzik kończy swój żywot, dogorywając i wydając ostatnie piskliwe dźwięki, brzmiące zupełnie nie jak dźwięk alarmu a jak atonalne tony skatowanego zwierzęcia. Leżąc na brzuchu, z twarzą wetknięta w poduszkę, szuka lewą ręką papierosa w pustej paczce leżącej na szafce stojącej obok łóżka. Wydaje z siebie dźwięk, który jest wypadkową słowa "kurwa" i ziewania, po czym podnosi się, odwraca i siada na łóżku. Siedzi tak pięć minut, próbując dojść do siebie i próbując wyobrazić sobie jak mógłby wyglądać koleś, który wymyślił poranne wstawanie, chociażby po to żeby mu wjebać jak się go spotka na ulicy. Ta myśl ulatuje z głowy Andy'ego w chwili, w której czuje ogromne ciśnienie na pęcherz, wstaje więc chwiejnym krokiem zmierzając do ubikacji. W kiblu wyjmuje fiuta i wkłada go do umywalki, uwalniając mocz nagromadzony przez całą noc, wydając z siebie przeciągły dźwięk w tym wypadku oznaczający niesamowitą ulgę. Puszcza głośnego bąka i widzi w lustrze przed sobą czarne kręgi pod swoimi oczami, zjeżdża wzrokiem niżej i zauważa ogromnego pryszcza, który urósł w ciągu tej nocy. Nie przerywając oddawania moczu próbuje go wycisnąć niedbale, wciąż nieco zaspany. Męczy się z nim chwilę, ale pryszcz w końcu ustępuje pod naciskiem palców Andy'ego. Nie wiedzieć czemu, w tej dziwnej chwili, w nagłym przebłysku samoświadomości Andy zdaje sobie sprawę, że jest kurwa martwy. I ta tragiczna myśl nie opuszcza go przez cały następny dzień.