Widzę moją depresję jako gigantyczną maź oplatającą mnie, coś jak symbiont Eddiego Brocka, jak błoto z Niekończącej się Opowieści, jak ruchome piaski z bajek Perskich, jak coś w co wdepnąłeś dawno temu, myśląc że uwolniłeś się z tego ale nagle zauważasz że tkwisz w tym po uszy i nie widzisz żadnej drogi ucieczki. To obrazy w twojej głowie, gdy widzisz jak każde zadanie, którego chcesz się podjąć zostaje zniweczone przez twoją niemoc, każde działanie zdegradowane do zera, każdy normalny odruch doprowadzony do katastrofy. Słyszysz głos w twojej głowie mówiący "nie poddawaj się", ale wierzysz w swoją porażkę, w swój niczym nie uzasadniony strach i masz ochotę ściszyć volume w swojej głowie do minimum. Obawa przed wyjściem na zewnątrz rozrasta się do gigantycznych rozmiarów, potrzebujesz wziąć głęboki oddech zanim spróbujesz otworzyć drzwi i stawić czoła światu. Wydaje Ci się że prowadzisz wojnę z codziennością, polem bitwy jest rzeczywistość za oknem, wszyscy ludzie na ulicy są twoimi wrogami, a ty nie posiadasz oręża, jesteś bezbronny, bez szans na wygraną, bez szans na wyjście z tego w jednym kawałku. Znajdujesz tysiące powodów, dla których twoje przeżywanie życia jest gorsze niż kogoś innego, tysiąc innych powodów dla których powinieneś przeciąć pępowinę łączącą cię z tym bezużytecznym światem, goniącym wiecznie za tym, czego ty nie szukasz. Czujesz jak omijają Cię różne dobre rzeczy ale to nie ma znaczenia bo i tak nie potrafisz się z nich cieszyć, sam przyznajesz że nie potrafisz być nigdy szczęśliwy, nie tak jakbyś sobie tego przynajmniej życzył. Depresja to przede wszystkim strach, obawa, lęk przed dzwonkiem telefonu, do drzwi, przed nową wiadomością, przed kontaktem z drugą osobą, przed najbardziej trywialnymi rzeczami na świecie. Gdy święcie wierzysz w to, że nic z tego nie wyjdzie, jaki ma sens podejmowanie jakiegokolwiek działania? Jedyne co jesteś w stanie zrobić to pielęgnowanie własnego wyobcowania, doglądanie swojego niezdecydowania, ochranianie własnej bezużyteczności. Czasami czujesz się jak puste naczynie, bez niczego w środku, żadnych uczuć, żadnych rzeczy do przekazania światu, totalnie bez szans na zapełnienie kiedykolwiek. To obezwładniające uczucie, mające na celu zostawić cie bełkoczącego w łóżku, bez przyjaciół i rodziny, bez nikogo na kim by Ci zależało, umierającego, samotnego, pokonanego. Depresja to plaga nowego milenium, dżuma XXI wieku, nowe aids i dziwni są ludzie, którzy uważają to za trendy.
To gorsze niż śmierć bo czujesz się jakbyś był martwy za życia.
Nie pozostaje już nic innego jak wiara.
Najbardziej znamienne w tym wszystkim jest to, że ja wciąż czerpię siłę z własnych niedoskonałości-gdy odsłaniasz się i stawiasz czoła własnym obawom, one nigdy więcej nie będą już tak straszne. Chcę o tym mówić, pisać, śpiewać po to żeby to pokonać. Może jak wyczerpię temat, strach wreszcie zniknie ? Jak własna depresja może utrzymywać Cię przy życiu ?
Czy to jest wystarczające obnażanie siebie ? Czy mogę jeszcze bardziej wywalić wnętrzności na zewnątrz ? Mogę być bardziej nagi, niż jestem w tym momencie ?
Wątpię.
ale nie poddaję się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.